środa, 15 października 2014

Czystek - biopaliwo dla superbiegacza

Jest super
Jest super

Więc o co Ci chodzi?


Chyba każdy zna ten fragment piosenki zespołu T.Love. Ci, którzy biegają, pewnie po treningach czasem sobie nawet ją podśpiewują ;) Ja ostatnio wręcz częściej niż czasem, bo kondycja po chorobie wraca i z uśmiechem na twarzy wypatruję już swojego pierwszego półmaratonu. Ale wbrew pozorom, nie o śpiewaniu chciałabym dziś napisać (bo w tej kwestii, mimo najszczerszych chęci, jestem tak dobra, jak w jeździe figurowej na lodzie - czyli zdecydowanie NIE super). Słowo-klucz nie jest jednak przypadkowe.

Wszystko, co SUPER jest... super

Czasy, gdy idolem większości moich rówieśników był SUPERman (swoją drogą - ciekawe, co trenował, bo nogi miał jakby biegacza ;) ) bezpowrotnie minęły. Ale pojawiła się powszechna fascynacja innym SUPERbohaterem - SUPERfoods.

Tzw. superjedzenie, czyli naturalne produkty, które mają zbawienny wpływ na nasz organizm, zadomowiło się w Polsce na dobre. Jeszcze kilka lat temu, gdy mówiłam, że do owsianki dorzucam jagody goji, najczęstszą reakcją było pytanie: "Ha, ha, ha... a nie lepiej gumijagody?". Teraz większość ludzi albo sama się nimi zajada, albo przynajmniej o nich słyszała. Podobnie rzecz ma się z chia, surowymi ziarnami kakaowca, chlorellą czy spiruliną. Ale ostatnio odkryłam coś, co wydaje się mieć właściwości... jeszcze lepsze niż SUPER.

Wiadomo - nie można ufać wszystkiemu, o czym się czyta, więc cudowne działanie tego produktu postanowiłam sprawdzić na sobie. Do bycia "zającem" podczas zawodów biegowych jeszcze mi daleko, więc zabawię się chociaż w "królika doświadczalnego". No dobrze, nie trzymam już dłużej w niepewności ;) Proszę państwa - oto czystek. 

 

Trochę "czystkowej" czystej teorii

Cistus incantus, inaczej zwany różą skalną, to rodzaj krzewu rosnącego w basenie Morza Śródziemnego, a z jego suszonych liści i kwiatów zaparza się - niezwykłą ponoć - herbatkę. Czystek ma opinię kopalni polifenoli - związków organicznych, które mają działanie przeciwzapalne i wspomagają system odpornościowy (co dla każdego biegacza jest szczególnie ważne - a wiem, o czym mówię). Ma ostre właściwości antybakteryjne, antywirusowe i antygrzybiczne - i to do tego stopnia, że zalecany jest osobom cierpiącym na boreliozę. Pomaga zapobiegać ukąszeniom kleszczy (jego zawartość w organizmie sprawia, że jesteśmy dla tych owadów nieatrakcyjni - zbawienie dla biegających po lasach i parkach), a także przynosi ulgę osobom już zarażonym (substancje zawarte w czystku unieszkodliwiają krętki powodujące chorobę). Badania kliniczne wykazały, że z powodzeniem leczy też infekcje zatok, rozmaite grzybice skóry i paznokci, infekcje spowodowane przez gronkowca złocistego, wirusa opryszczki, wirusa półpaśca, zakażenia Helicobakter Pylori i inne schorzenia spowodowane namnożeniem się w ustroju niechcianych wirusów, bakterii i grzybów. I to jeszcze nie koniec jego dobrodziejstw - regularnie pita herbatka ułatwia życie alergikom, a także ma silne działanie antyoksydacyjne: wyłapuje wolne rodniki i usuwa je z organizmu, pomagając tym samym w zapobieganiu nowotworom i opóźniając procesy starzenia się.

Testy na żywym organizmie

Herbatkę przygotowujemy w sposób identyczny jak w przypadku innych ziół - łyżeczkę suszu zalewamy wrzątkiem i zaparzamy przez 10 min. Po odcedzeniu nie wyrzucajcie jednak "fusów", bo można je zalewać nawet kilka razy, tak jak w przypadku zielonej herbaty. Smak ma przyjemny, zbliżony do rumianku, z lekką nutą kwiatową, więc doskonale sprawdzi się jako zastępstwo tradycyjnych herbatek ziołowych.  

Najlepsze właściwości ma przynieść picie go regularnie, a odczuwalną różnicę mamy poczuć już po kilku tygodniach stosowania. Ruszam zatem z wyzwaniem, dam znać jak sprawdza się w moim przypadku. Jedno jest pewne - naukowcy zapewniają, że nie zaszkodzi.

No i SUPER.



~She Runs, Bro!



niedziela, 12 października 2014

Sceny z życia biegaczki - Episode 1

Najpierw -- powoli -- jak żółw -- ociężale,
Ruszyła -- maszyna -- po szynach -- ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.

Jeśli słowo maszyna zamienimy na biegaczka, a szyny zastąpimy ścieżką biegową, to wierszyk Jana Brzechwy doskonale odda to, jak wyglądał dziś mój powrót do biegania na dwóch tygodniach przymusowego przestoju. Uśmiech oczywiście miałam wymalowany od ucha do ucha, bo w końcu wróciłam do aktywności, bez której życie wydaje mi się jakieś... niepełne. Ale tak jak przewidywałam, kondycja mocno ucierpiała i przed półmaratonem czeka mnie solidna dawka treningów. Nie ma to jednak znaczenia - grunt, że choroba przepędzona, kontuzja wyleczona i mogę korzystać z uroków jesieni. Bieganie ma to do siebie, że nawet jeśli nie jestem w formie albo mam gorszy dzień, to podczas treningu zawsze przytrafi się coś, co albo zachwyci, albo rozśmieszy. Tak było oczywiście i dziś.


Kończyłam już prawie wybieganie, dom majaczył na horyzoncie, ale na ostatniej prostej zatrzymały mnie światła. Podskakiwałam sobie więc w miejscu (jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach) i zauważyłam, że z uśmiechem przygląda mi się stojący obok, bardzo elegancki 80-latek. No tak - pomyślałam - osoba biegająca w miejscu, w niedzielę, o 7 rano, w obcisłych rajtuzopodobnych gaciach może powodować taką reakcję. Ale nie - starszy pan uśmiechał się życzliwie. Emanowała od niego taka "starowarszawska kultura" - wyobrażam sobie, że szedł właśnie na niedzielną mszę, po której wraz z kolegami z czasów AK wpadnie do kawiarni na kawę i wuzetkę. Do tego oczywiście miał na sobie pasujący outfit: kapelusik, płaszczk, krawat. Na potrzeby tej opowieści nazwijmy go więc "BESP" (Bardzo Eleganckim Starszym Panem). No wiec ja sobie podskakuję, a BESP zagaduje:

BESP: Długo już pani dziś biega?
JA: Jakieś 40 minut, czyli w sumie niedługo - odpowiadam z uśmiechem i dalej podskakuję.
BESP: A to ile kilometrów w tym czasie się przebiega?
JA: No ja to dzisiaj tylko 8, niedużo, ale ważne, że w ogóle mogę.
BESP: (z westchnieniem) Ech... żebym to ja był młodszy...
JA: (pocieszająco) Proszę pana, na bieganie nigdy nie jest za późno!
BESP: ...ale ja nie o bieganiu pomyślałem...
 
Wybuchnęłam śmiechem. Ale czasem podczas biegania równie ożywczo działa widok rozbrykanego psa, staruszki zbierającej kasztany albo głupkowaty napis na murze. I dlatego właśnie zawsze powtarzam, że biegam dla przyjemności - a nie na czas i dla bicia życiówek - bo nie chcę, żeby mi to wszystko uciekło. Nie ważne więc, że kondycja nieco siadła - najważniejsze, że wokół piękna jesień z której można czerpać pełnymi garściami. I nogami :)

Miłej niedzieli i dobrego tygodnia!






~She Runs, Bro!

sobota, 11 października 2014

Ładowanie akumulatorów przed bieganiem - zapiekanka z ryżu, jabłek i gruszek

Do biegu - gotowa - już prawie... start!

Stało się! Nareszcie! Biegaczka wyzdrowiała! I jeśli nic się nie zmieni, to już jutro ruszam na bardzo delikatny trening, pierwszy po dwutygodniowej abstynencji biegowej! Cieszę się jak dziecko przed Gwiazdką, przebieram nóżkami w miejscu i najchętniej przewinęłabym czas do jutrzejszego poranka. Ale czas oczekiwania przyjemnie wykorzystam na nabranie sił i doładowanie organizmu. Czym? Czymś pysznym i zdrowym. 


JESIENNA ZAPIEKANKA Z RYŻU, JABŁEK I GRUSZEK

Składniki:
- nieco ponad 1 szklanka białego ryżu (odmiana, któa będzie się sklejała, ryż nie może być sypki - dobrze sprawdza się najzwyklejszy biały ryż sprzedawany w kilogramowych paczkach)
- 2 nieduże jabłka (słodkie)
- 1 duża gruszka
- cynamon (ilość dowolna - ile kto lubi)
- cukier (opcjonalny - ja nie dawałam, ale można)


Przygotowanie:
1. Ryż gotujemy, odsączamy, dzielimy na trzy części.
2. Jabłka i gruszki obieramy, a następnie kroimy w cienkie plasterki.
3. W niedużym naczyniu żaroodpornym układamy składniki warstwami: najpierw warstwa ryżu, na niej plasterki jabłek, cynamon i jeśli lubimy słodkości - cukier. Następnie kolejna warstwa ryżu, plasterki gruszki, cynamon i  ponownie - jesli chcemy, cukier. Ostatnia warstwa to ponownie ryż. Na nim układamy kilka kawałeczków gruszki i delikatnie posypujemy cynamonem. Każdą warstwę dobrze dociskamy, dzięki temu zapiekanka nie będzie się rozsypywała podczas krojenia.
4. Wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i podpiekamy pod przykryciem przez około 30 minut.



Zapiekanka jest doskonałym, lekkim daniem obiadowym - z podanych składników uzyskamy dwie porcje. Równie dobrze sprawdza się jednak też jako deser - mój przepis wystarcza wówczas na cztery mniejsze porcje, które można polać dodatkowo słodkim syropem ze śliwek węgierek podsmażonych z miodem i cynamonem. Zapewniam - palce lizać :D

Smacznego weekendu! 
A ja wracam do odliczania minut do jutrzejszego biegania :)

~She Runs, Bro!



piątek, 10 października 2014

Zdrowe muffinki jabłkowe

Nie ma chyba nic wspanialszego, niż pachnące, w pełni ekologiczne jabłka z własnego drzewa. Dostałam skrzynkę takich właśnie skarbów i muszę przyznać, że ich smaku i aromatu nie da się porównać z niczym innym. Nie wspomnę już oczywiście o ich zdrowotnych zaletach - nie wprowadzają do naszego organizmu szkodliwych substancji, nie podrażniają żołądka i dostarczają pełną gamę witamin. Ten, kto kiedykolwiek próbował takich jabłek, już nigdy nie będzie chciał się przerzucić ta te zalegające miesiącami w magazynach i sklepach. Ekologia ma jednak jedną, maleńką wadę - niepotraktowane chemią jabłka bardzo szybko się psują. Nie było więc wyjścia i przynajmniej część z nich musiałam dziś zagospodarować, by uchronić przed zgniciem. Przynajmniej taki pretekst sobie wymyśliłam, żeby bez wyrzutów sumienia upiec zdrowe, bezcukrowe muffinki :)



ZDROWE MUFFINKI JABŁKOWE

Składniki (na 12 sztuk):
- 1 szklanka mąki kukurydzianej
- 1 szklanka płatków owsianych
- 2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia (może być zwykły)
- 2 łyżeczki cynamonu
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- (ja nie dosładzałam - jak sama nazwa przepisu wskazuje, ale jeśli ktoś jednak chce, to można dodać 1/2 szklanki cukru trzcinowego)

- 1 szklanka mleka migdałowego
- 2 łyżki oleju z pestek winogron
- 2 łyżki musu jabłkowego (ja mam swój własny, domowy, bez cukru - możecie go zrobić rozgotowując starte jabłka z odrobiną wody i następnie blendując)
- drobno pokrojone duże jabłko bez skórki lub dwa mniejsze

Przygotowanie:
1. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni.
2. Składniki suche i mokre łączymy oddzielnie w dwóch osobnych miskach.
3. Składniki mokre przelewamy do suchych i cały czas energicznie mieszamy, aż do połączenia się składników. Ciasto ma mieć grudki, więc nie rozdrabniajmy ich i nie mieszajmy więcej niż potrzeba.
4. Ciasto wlewamy do foremek (ja używam silikonowej formy, którą wykładam papierowymi foremkami) i posypujemy płatkami migdałów.
5. Pieczemy przez 20-25 minut.



Muffinki ładnie wyrastają, są miękkie i wilgotne w środku, a ciasto wręcz się rozpada. Stanowią więc idealny dodatek do jesiennej, rozgrzewającej herbaty lub kawy. Ale - spójrzmy prawdzie w oczy - nie trzeba zbyt długo szukać pretekstów, żeby schrupać coś tak pysznego :)

No to - dosłownie i w przenośni - na zdrowie! :)

~She Runs, Bro!

czwartek, 9 października 2014

Gryczane pierogi z dynią i czerwoną soczewicą

Witam jesiennie, ale zdecydowanie bez melancholii :)

Za to z refleksją - nie ma chyba drugiej pory roku, która pachnie w taki sposób. Pachną suche liście, chrzęszczące pod stopami podczas biegania, pachną późne kwiaty, suszone grzyby, pachnie herbata doprawiona cynamonem i imbirem, ale przede wszystkim - pachną stragany na lokalnych bazarkach. Charakterystyczna mieszanina słodkiej woni śliwek, dojrzałych jabłek i gruszek, współgrająca z ciepłymi kolorami pękatych dyni, bakłażanów, pomidorów i papryk od razu rozbudza kulinarną wyobraźnię. I apetyt ;) Więc dziś daję się porwać tej jesiennej rozpuście, puszczam wodze fantazji i komponuję jesienny przysmak z moich ulubionych składników. Zapraszam :)


WEGAŃSKIE GRYCZANE PIEROGI Z FARSZEM Z DYNI I CZERWONEJ SOCZEWICY

Składniki na farsz:
- 500g dyni
- 1/2 szklanki czerwonej soczewicy
- 1 cebula
- 2-3 ząbki czosnku
- czarny pieprz i sól do smaku
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- szczypta gałki muszkatołowej

Składniki na ciasto:
- 2 i 1/2 szklanki mąki gryczanej
- 1 szklanka wrzątku
- zamiennik jajka (łyżka nasion chia zalana 3 łyżkami wrzątku)
- łyżka oleju z pestek winogron
- 1/2 łyżeczki soli

Wszystko przygotowane? No to zaczynamy zabawę :)


Przygotowanie farszu:
1. Soczewicę gotujemy, a następnie odsączamy nadmiar wody.
2. Na oliwie z oliwek podsmażamy bardzo drobno poszatkowaną cebulkę i czosnek. Gdy będą miękkie i złote, dodajemy dynię startą na tarce o grubych oczkach. Dodajemy cynamon, gałkę muszkatołową i od czasu do czasu mieszając, dusimy pod przykryciem na małym ogniu. Dynia powinna być miękka, ale nie rozgotowana, duszenie powinno zająć więc ok. 10-12 minut.
3. Dynię łączymy z soczewicą, dobrze mieszamy, dodajemy szczyptę soli i czarny pieprz do smaku. Pozostawiamy do ostygnięcia.

Przygotowanie ciasta:
1. Mąkę przesiewamy i mieszamy z solą. Formujemy kopczyk, z dołeczkiem w środku.
2. W środek wlewamy olej i dodajemy galaretowate, zalane wcześniej wrzątkiem nasiona chia.
3. Stopniowo dolewamy wrzątek, mieszając cały czas widelcem lub nożem. Następnie ciasto wyrabiamy dokładnie dłońmi.
4. Owijamy ciasto folią i odstawiamy na 30 min.

Przygotowanie pierogów:
1. Ciasto rozwałkowujemy na opruszonej mąką stolnicy. Powinno być dość cienkie, o mniej więcej 5mm grubości.
2. Szklanką wykrawamy okręgi, nakładamy na nie łyżką odpowiednią ilość farszu i zaklejamy brzegi. Dociśnięcie brzegów widelcem zabezpieczy je dodatkowo przed rozklejeniem się.
3. Pierogi wrzucamy do wrzącej, osolonej wody zagotowanej z łyżką oleju. Gotujemy pod przykryciem około 3 minuty od momentu ich wypłynięcia na powierzchnię wody.



Pierogi w tej formie świetnie pasują do kremu z dyni. Ja dziś jednak podałam je z dodatkiem musu z dyni, lekko posypane zatarem.

Życzę smacznego. I cudownej jesieni! :)

~ She Runs, Bro!

środa, 8 października 2014

Melduję się na starcie!

Witajcie! :)

Stało się - pierwszy post truchcikiem, nieśmiało powędrował do sieci. Choć całkiem nowa w wirtualnym świecie biegomaniaków nie jestem i Ci, którzy śledzili dotąd moją facebookową stronę She Runs, Bro, wiedzą już o mnie całkiem sporo.

Między innymi to, że kocham biegać (tak, wiem, patrząc na nazwę bloga nikt by nie zgadł ;) ) Ale od większości kolegów i koleżanek różnię się tym, że robię to wyłącznie dla przyjemności, a nie dla wyników i bicia życiówek (choć te i tak same się pojawiają). Uśmiecham się przy tym od ucha do ucha, wygłupiam się na trasach biegowych i na mecie tak często skaczę z radości do góry, że można nabrać wątpliwości, czy trenuję bieganie czy skok wzwyż ;)



Dlatego wyobrażałam sobie, że mój pierwszy post będzie przepełniony takim właśnie optymizmem. A tu niespodzianka, bo na dzień dobry trochę pomarudzę (trwająca już od ponad tygodnia abstynencja biegowa zaczyna robić swoje ;)). Choróbsko sezonowe poskładało mnie jak należy i to do tego stopnia, że wylądowałam na L4, a o ukochanym bieganiu mogę sobie co najwyżej posta napisać. Niedługo planuję przebiec swój pierwszy półmaraton, więc kolejny tydzień bez treningów - co oczywiste - nie napawa mnie przesadnym optymizmem. Do tego przemierzając przepastne przestrzenie kawalerki, w której jestem uziemiona, uszkodziłam chyba ścięgno Achillesa. Tak, na prostej powierzchni, na przestrzeni 30m2, człapiąc z kubkiem herbaty w stronę fotela. Brzmi to niewiarygodnie, ale okazuje się, że mam więcej talentów niż przypuszczałam.

Tak więc rekonwalescencja trwa - na wielu frontach - ale nadal wierzę, że za trzy tygodnie pokonam swoje pierwsze 21 km :) Co by się nie działo - damy radę! W końcu bieganie, to nie tylko treningi - to także (a może przede wszystkim) stan umysłu :)



Więc cóż - mimo przeróżnych przeciwności losu, uśmiecham się wirtualnie, jeszcze raz witam na blogu i życzę Wam cudnego dnia!

Do zobaczenia wkrótce na ścieżkach biegowych :)

~She Runs, Bro!