Wydaje mi się, że z bieganiem jest jak ze związkiem. Jeśli o niego dbasz, poświęcasz mu czas i wkładasz w to swoje serce, odwdzięczy Ci się tym samym i sprawi, że Walentynki będziesz mieć każdego dnia (tudzież każdego treningu :-) ). Brzmi jak biegowy Paulo Coelho? Trochę tak. Ale prawda jest taka - kto raz zakochał się w bieganiu, ten wie o czym mówię.
Czy lubię Walentynki? Lubię. Ale nie dlatego, że akurat tego dnia pokazujemy, że kochamy bardziej. Raczej dlatego, że możemy przez dobę otwarcie cieszyć się z małych rzeczy i wpleść trochę uśmiechu w to nasze zagonione, często szare i smutne życie. Nie wiem czy taka idea przyświecała organizatorom krakowskiego Biegu Walentynkowego, ale zdecydowanie wpisał się on w mój światopogląd. Decyzja była oczywista - biegnę!
Na linię startu, która mieściła się w Parku Jordana, doczłapałam przed czasem, by móc poprzyglądać się zawodnikom biegnącym w pierwszej turze. Bieg był czteroetapowy. Najpierw startowała część zawodników w kategorii singli, potem druga z nich, a następnie dwie tury biegnących par, związanych za pomocą opaski. Pomysł ciekawy, zwłaszcza, że alejki parku mają ograniczoną przepustowość, a należało wybiegać po nich 4 pętle. Ale wróćmy do wątku "przyglądania się". Ja jak to ja, zaczęłam zerkać nie tylko na biegaczy - także na baloniki w kształcie serduszek przywiązane do bramek przy mecie. Nie pytajcie, co zrobiłam - to oczywiste!
- Czy mogę ukraść ten balonik? - spytałam, a mina prowadzącego imprezę wyrażała takie samo zdziwienie jak gdybym zapytała, czy może mi to serce wytatuować na czole. Z lekkim oporem (wszak planowałam ogołocić dekorację) pozwolił się okraść, a ja zyskałam swój znak rozpoznawczy podczas biegu. Czy wyglądałam dziwnie z balonem fruwającym za mną na każdym zakręcie? Być może. Czy kiedykolwiek mi to przeszkadzało? Niebardzo ;-) A okrzyki kibiców: "Brawa dla pani z balonikiem!" lub innych biegaczy: "Fajny balonik!" - bezcenne! :-)
Doping okazał się potrzebny, bo start zaplanowałam sobie iście po amatorsku. Atmosfera tak bardzo mnie porwała, że pierwsze okrążenie pobiegłam zdecydowanie za szybko, a co się z tym wiąże, niebawem zaczęłam słabnąć. - "No trudno", pomyślałam na trzeciej pętli. - "Skoro już się wlokę, to się tym wleczeniem pobawię" (zwłaszcza, że bawić się było czym, bo balonik ciągle miałam uczepiony do... kości ogonowej ;-) )
Ostatecznie na metę dobiegłam jako 47. kobieta, co jest doskonałym wynikiem, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że wygłupiałam się przez większość trasy. Być może to jest strategia na dalsze starty? A może potwierdzenie mojej tezy, że jeśli pokochasz bieganie, ono pokocha Ciebie. Nawet jeśli wleczesz się jak ślimak.
Impreza odbywała się po raz pierwszy, dlatego już z założenia nastawiałam się na to, że coś organizacyjnie może pójść nie tak. A tu niespodzianka - było niemal idealnie. Niemal, bo na mecie nie było żadnych napojów (bawienie się balonikiem wzmaga pragnienie, bieganie pewnie też), a po obiecane wuzetki trzeba było doczłapać do budynku znajdującego się poza parkiem. Czy to zmienia moją ocenę biegu? Absolutnie nie. Atmosfera cudowna, medal piękny, a trasa w kształcie serduszka... podbiła moje serce. Do zobaczenia za rok! :-)



































