poniedziałek, 11 maja 2015

"M" jak miłość. I "M" jak maraton.

Normalni ludzie mają takie marzenia jak wyjechać na wakacje, kupić sobie coś ładnego albo po prostu zjeść dobrą kolację. Ludzie nienormalni mają inne - przez pół roku wstawać o 6 rano i trzymać reżim treningowy tylko po to, żeby potem docelowo przez 42km wylewać z siebie siódme poty i móc nazwać siebie maratończykiem. Nietrudno zgadnąć, w której grupie się znalazłam. Tak - postanowiłam w tym roku przebiec swój pierwszy maraton.

Nie biegaj, bo się spocisz

Się powiedziało "A", trzeba powiedzieć "B". Albo  raczej "M" - jak Maraton. Tak jak ja to zrobiłam w październiku, po przebiegnięciu swojego pierwszego półmaratonu. Decyzja zapadła od razu, choć nie do końca ją werbalizowałam, żeby nie przerazić rodziny, która już do wcześniejszego pomysłu przebiegnięcia 21km podchodziła z lekkim strachem. Chciałam też uniknąć pytań znajomych: "A po co ci to", "po co się tak męczyć" oraz dobrych rad, które brzmią niemal jak cytat z filmu Kingsajz: "Nie kop pana, bo się spocisz". No właśnie, zatem - po co mi to?


Zabrzmię teraz pewnie jak biegowa wersja Paulo Coelho, ale prawda jest banalna - bieganie daje wewnętrzną siłę. Pomaga oderwać się od codziennych obowiązków i problemów, zrobić coś dla siebie, ale przede wszystkim sprawdzić się. Czy jesteśmy na tyle silni psychicznie, by się nie złamać? Czy wystarczy nam samodyscypliny i konsekwencji, żeby przez pół roku regularnie trenować? Czy jesteśmy wystarczająco zdeterminowani, by sięgnąć po coś, na co stać tylko garstkę ludzi? Chcę wiedzieć. Chcę przeżyć te emocje choćby jeden raz w życiu. I tak znalazłam się na liście startowej 37. PZU Maratonu Warszawskiego

"Jezu Chryste..."

Tymi słowami mój narzeczony każdorazowo komentuje informację, że następnego dnia idę biegać o 6 rano. Przyznaję, są takie poranki, że gdy dzwoni budzik też mi się to ciśnie na usta (dobra, przeważnie coś bardziej dosadnego ciśnie się na usta). Ale wstaję, 4 razy w tygodniu i dzielnie realizuję plan treningowy. Właśnie rozpoczęłam 6 tydzień, wybiegania robią się coraz dłuższe, a ja staję się coraz szczęśliwsza. 


Jak to mówią - najtrudniej zacząć, potem już leci. Fakt, powrót do bardzo regularnych treningów był bolesny. Kondycja nieco siadła przez zimę, więc wczesną wiosną podczas biegania tętno skakało, ja sapałam jak lokomotywa, dystans nie powalał, a sama idea maratonu wydawała się tak bolesna jak zakwasy kolejnego dnia. Za każdym razem zaskakuje mnie jednak, jak niesamowite postępy potrafi zrobić ludzkie ciało. Coś co jakiś czas temu było trudne, teraz wydaje się tylko lekką rozgrzewką i właściwie to już przebieram niecierpliwie nogami w oczekiwaniu aż plan treningowy zacznie wymagać ode mnie dłuższych wybiegań.

Dobiec i nie paść

Plan treningowy do maratonu o takim tytule ubawił mnie do łez, ale w rzeczywistości to właśnie tej zasady zamierzam się trzymać i to całkiem serio. Nie mam ambicji osiągania genialnego czasu - chcę po prostu w dobrym stylu i zdrowiu pokonać linię mety. Na początek wybrałam więc rozpiskę ze strony treningbiegacza.pl Plan wydał mi się rozsądny i niezbyt forsowny - idealny, żeby zacząć maratońską przygodę.

Cały plan treningowy dostępny jest TU

Koncepcję jednak planuję zmodyfikować i na 16 tygodni przed maratonem przerzucić się na plan treningowy Barta Yasso. Wydaje mi się, że lepiej przygotuje mnie do zbliżającego się wysiłku. Przyznaję, że sięgnęłam też po książkę Jeffa Galloway'a (recenzję zamieszczę w osobnym poście) i przeanalizowałam program, który ma do zaproponowania - przeplatanie biegu marszem i zwiększanie dystansu tak bardzo, by przysłowiową "maratońską ścianę" przesunąć poza 42 kilometr. 

Jak widać sporo tych koncepcji rozważam, a przecież maraton mam tylko jeden, a nogi tylko dwie. I choć korzystam z rad bardziej doświadczonych biegaczy to wiem, że każdy musi wypracować sobie swój własny system - zarówno w kwestii treningów, jak i żeli energetycznych czy ubioru. Te elementy przygotowań będę opisywała w osobnych postach. A teraz kończę już, bo jutro kolejny trening o 6 rano. Czas po raz kolejny usłyszeć westchnienie "Jezu Chryste" a następnie położyć się spać ;)


Do następnego!

1 komentarz:

  1. Powodzenia! Ja mam swój pierwszy maraton za sobą, ale kolejnym będzie właśnie Maraton Warszawski:)
    Mamy dużo wspólnego bo ja też wstaję każdego dnia w okolicach 4.50-5.30 i biegam w Krakowie:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń