piątek, 17 października 2014

Sceny z życia biegaczki - Episode 2 - Zwierzę biegaczowi... wilkiem

Tak jak dziewczynka w bajce o "Czerwonym Kapturku" była ostrzegana przed złym wilkiem czającym się w lesie, tak biegacze są ostrzegani przed zwierzętami spotykanymi w parkach. Portale i czasopisma biegowe co jakiś czas publikują rady co zrobić, gdy któreś nas zaatakuje. Ręce blisko tułowia, osłaniajmy głowę - te rady każdy zna już na pamięć. Ja jednak ze zwierzętami - głównie psami - mam zgoła inny problem i bardziej niż pogryzienia boję się przewrócenia się na którymś z nich. Lub zalizania na śmierć.


Jeśli prawdą jest, że uśmiech wymalowany na twarzy i pogodne nastawienie do życia wysyłają sygnał: "chodź i się przywitaj", to ja w takim razie jestem anteną nadawczą, wysyłającą ten sygnał na długich falach - bo chcące się bawić psy przyciągam jak magnes. Wczorajsze bieganie po raz kolejny zostało zakłócone przez czworonoga, który zaczął wokół mnie biegać, kręcić się między nogami i wskakiwać na mnie obłoconymi łapami. Największy błąd jaki można w takiej sytuacji popełnić, to zatrzymać się i psa pogłaskać. Pies zaczyna się wtedy zachowywać jakby w myśl zasady: "towar macany należy do macanta" i przykleja się już na dobre, niejednokrotnie ignorując swojego prawowitego właściciela, który krzycząc zaczyna biec za psem, który z kolei biegnie za mną i scenka zaczyna przypominać słynne gonitwy z "Benny Hill Show". 

To jednak nie koniec zagrożeń czających się w parkach - nie sposób bowiem przemilczeć przygód z udziałem wiewiórek. Te, biegające w warszawskich parkach, do tego stopnia zaczęły już kojarzyć pojawienie się ludzi z porą karmienia, że każdy widok człowieka zachęca je do wtargnięcia na ścieżkę. Jeśli scenka ma miejsce podczas niedzielnego spaceru, to jest to wręcz pożądane, bo nie trzeba jak głupek wydzierać się: "Basia, Basia", żeby dziecko mogło rzucić rudej orzeszka. Gorzej, gdy jesteś biegaczem. A najgorzej, gdy jesteś biegaczem podczas zawodów zorganizowanych w parku. Niedawna "Skaryszewska 9" składała się z kilku pętli wokół - jak sama nazwa wskazuje - Parku Skaryszewskiego. I to właśnie miejsce stało się tłem dla prawdziwej sceny grozy. Pan, biegnący przede mną, na około 7 km dostał niebywałego przyspieszenia. Tłum się przerzedził, co postanowił wykorzystać. Ale nie tylko on. Na ścieżkę wpadła wiewiórka, która pewnie stwierdziła, że w jej stronę zmierza weekendowy catering. To, co biedny biegacz wykonał, żeby jej nie rozdeptać, przypominało wybitnie wyszukany układ choreograficzny tańca nowoczesnego. To falowanie rąk, te ruchy nóg, ten pląs! Taniec z Gwiazdami stoi przed nim otworem. Albo gabinet ortopedy, bo tak szczerze mówiąc, do skręcenia kostki niewiele brakowało. 

Żeby nie kończyć tego tekstu pesymistycznym wydźwiękiem, mogę zapewnić, że wpajanie zwierzętom dobrych manier trwa, czego doświadczyłam podczas mojego wakacyjnego biegania po podkarpackich wioskach. Zza jednego z płotów ujadał na mnie zawzięcie pies wielkości małego konia. Właścicielka, siedząca na ławeczce przed domem, zwróciła się do tegoż bydlęcia ze stoickim spokojem:
- Reks, nie szczekaj, to tylko pani sportsmenka biegnie. Sportsmenek nie ZJADAMY.
...
Hmmm, współczuję listonoszom. Ale cóż, priorytety trzeba mieć. Reks, na szczęście, ma wpajane te właściwe. 

No to cóż, spokojnych, jesiennych wybiegań Wam życzę! Bez niechcianych, międzygatunkowych przygód ;)






~She Runs. Bro!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz