Najpierw -- powoli -- jak żółw -- ociężale,
Ruszyła -- maszyna -- po szynach -- ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.
Ruszyła -- maszyna -- po szynach -- ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.
Jeśli słowo maszyna zamienimy na biegaczka, a szyny zastąpimy ścieżką biegową, to wierszyk Jana Brzechwy doskonale odda to, jak wyglądał dziś mój powrót do biegania na dwóch tygodniach przymusowego przestoju. Uśmiech oczywiście miałam wymalowany od ucha do ucha, bo w końcu wróciłam do aktywności, bez której życie wydaje mi się jakieś... niepełne. Ale tak jak przewidywałam, kondycja mocno ucierpiała i przed półmaratonem czeka mnie solidna dawka treningów. Nie ma to jednak znaczenia - grunt, że choroba przepędzona, kontuzja wyleczona i mogę korzystać z uroków jesieni. Bieganie ma to do siebie, że nawet jeśli nie jestem w formie albo mam gorszy dzień, to podczas treningu zawsze przytrafi się coś, co albo zachwyci, albo rozśmieszy. Tak było oczywiście i dziś.
Kończyłam już prawie wybieganie, dom majaczył na horyzoncie, ale na ostatniej prostej zatrzymały mnie światła. Podskakiwałam sobie więc w miejscu (jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach) i zauważyłam, że z
uśmiechem przygląda mi się stojący obok, bardzo elegancki 80-latek.
No tak - pomyślałam - osoba biegająca w miejscu, w niedzielę, o 7 rano, w obcisłych rajtuzopodobnych gaciach może powodować taką reakcję. Ale nie - starszy pan uśmiechał się życzliwie. Emanowała od niego taka "starowarszawska kultura" -
wyobrażam sobie, że szedł właśnie na niedzielną mszę, po której wraz z kolegami z czasów AK wpadnie do kawiarni na kawę i wuzetkę. Do tego oczywiście miał na sobie pasujący outfit: kapelusik, płaszczk, krawat. Na potrzeby tej opowieści nazwijmy go więc "BESP" (Bardzo Eleganckim Starszym Panem). No
wiec ja sobie podskakuję, a BESP zagaduje:
BESP: Długo już pani dziś biega?
JA: Jakieś 40 minut, czyli w sumie niedługo - odpowiadam z uśmiechem i dalej podskakuję.
BESP: A to ile kilometrów w tym czasie się przebiega?
JA: No ja to dzisiaj tylko 8, niedużo, ale ważne, że w ogóle mogę.
BESP: (z westchnieniem) Ech... żebym to ja był młodszy...
JA: (pocieszająco) Proszę pana, na bieganie nigdy nie jest za późno!
BESP: ...ale ja nie o bieganiu pomyślałem...
JA: Jakieś 40 minut, czyli w sumie niedługo - odpowiadam z uśmiechem i dalej podskakuję.
BESP: A to ile kilometrów w tym czasie się przebiega?
JA: No ja to dzisiaj tylko 8, niedużo, ale ważne, że w ogóle mogę.
BESP: (z westchnieniem) Ech... żebym to ja był młodszy...
JA: (pocieszająco) Proszę pana, na bieganie nigdy nie jest za późno!
BESP: ...ale ja nie o bieganiu pomyślałem...
Wybuchnęłam śmiechem. Ale czasem podczas biegania równie ożywczo działa widok rozbrykanego psa, staruszki zbierającej kasztany albo głupkowaty napis na murze. I dlatego właśnie zawsze powtarzam, że biegam dla przyjemności - a nie na czas i dla bicia życiówek - bo nie chcę, żeby mi to wszystko uciekło. Nie ważne więc, że kondycja nieco siadła - najważniejsze, że wokół piękna jesień z której można czerpać pełnymi garściami. I nogami :)
Miłej niedzieli i dobrego tygodnia!
~She Runs, Bro!






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz