środa, 29 października 2014

"Special kind of idiot" - czyli relacja z mojego pierwszego półmaratonu

Jakiś czas temu trafiłam w sieci na hasło: "Any idiot can run. But it takes a special kind of idiot to run halfmarathon". Niniejszym oświadczam, że w ostatni weekend dołączyłam do tego, zacnego grona, "wyjątkowych idiotów".


Do 1 PZU Cracovia Półmaratonu Królewskiego przygotowywałam się od lipca i mimo początkowej euforii i rewelacyjnej formy, oczywiście zadziałało prawo Murphy'ego. Skoro nie chorowałam przez cały rok, to kiedy musiało mnie coś rozłożyć? Oczywiście na dwa tygodnie przed startem. A potem złapałam drobną kontuzję. Jak to jednak mówią - co nas nie zabije, to nas... nie zabije ;)

Pozbierałam się i ruszyłam na Kraków, który w dniu biegu spowiła mgła, tak gęsta, że malowniczą trasę można było podziwiać głównie na mapce dołączonej do pakietu startowego. Ale z drugiej strony - pomyślałam - dobrze się składa. Jeśli padnę na trasie, to przynajmniej nikt nie zauważy i uniknę kompromitacji. Mój plan był prosty - dobiec i przeżyć.


Ustawiłam się w strefie czasowej biegnącej na 1:50. Nie żebym miała ambicje zaliczyć taki debiut - mimo przebytej choroby, której elementem był ból głowy, rozumu mi jeszcze nie odjęło. Chodziło o to, żeby nie dreptać za długo za tłumem, znaleźć swój kawałek asfaltu i truchtać sobie do mety własnym tempem. W trakcie biegu okazało się jednak, że z moją kondycją wcale nie jest tak źle. Kolejne kilometry mijały, a ja trzymałam ładną prędkość i nie męcząc się przy tym, nadmiar energii zużywałam na machanie do kibiców i wszystkich fotografów - co widać na załączonych obrazkach ;)


 Zmęczenie poczułam dopiero na 19 km. Podobnie jak dziewczyna, biegnąca przede mną, która dała temu wyraz krzycząc na całe gardło: "K...aaaaa!!! Gdzie ta metaaa?!" Nie wiem, kim byłaś, ale bardzo ci za to dziękuję, bo śmiech okazał się dobrym lekarstwem na ból mięśni. Podobnie jak doping jednego z kibiców, który stojąc po drugiej stronie Wisły zachęcał do dalszego biegu wrzeszcząc: "Zapierdalaaaaać!". No to zapierdalałam - tak pokornej prośbie się przecież nie odmawia ;) Na ostatniej prostej spotkałam dodatkowo niewidzianego od kilku lat kolegę, z którym - o dziwo - udało mi się zamienić kilka zdań i nie umrzeć z niedotlenienia. Łapanie powietrza i trzymanie fasonu (no przecież nie zacznę się czołgać, gdy znajomi patrzą) skutecznie odwróciło moją uwagę od zmęczenia i nawet nie zauważyłam, gdy na horyzoncie pojawiła się meta.


Spodziewałam się, że tuż po jej przekroczeniu zaleje mnie fala głębokich i wyszukanych refleksji w stylu: "nigdy, k...a więcej". Ale było wręcz odwrotnie. Byłam zachwycona biegiem, szczęśliwa, dumna, że pokonałam siebie i że niechcący złamałam 2h (1:56:16 - nawet o tym nie marzyłam). Pierwsza myśl - kiedy mogę to powtórzyć? :)

Impreza była zorganizowana doskonale, kibice rewelacyjni, a sam Kraków to moje ulubione polskie miasto, więc podczas kolejnej edycji na pewno znów się tam pojawię. Tymczasem pozostają mi wspomnienia i zdjęcia, na których, co dla mnie typowe, bardziej się wygłupiam niż biegnę, a moja rozgrzewka przypomina scenę z filmu "Czarny Łabędź" raczej niż z "Ducha maratonu". No cóż, bycie "wyjątkowym idiotą" zobowiązuje ;)


19 komentarzy:

  1. O zesz,,, wklepałem komentarz i go zeżarło... A ja straciłem w niedziele 1/2 M cnotę w Gdańsku ;-).
    Ale gratuluje i cieszę się z Twojego startu jak ze swojego. No i w Krakowie ładniej.
    Aha, na koniec nam zrobili podbieg - 20 km na szczycie górki kurde...
    Słowem poetyckie ujecie tematu pt Kurwa gdzie ta meta chyba tez się niejednemu/ niejednej cisnęły.
    Anyway - ponowne gratsy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wzajemnie! Gratukacje! :) W Krakowie tez byly podbiegi, w liczbie trzy jesli dobrze pamietam, ale w srodku trasy. To, ze Wy mieliscie pod koniec to niezly sadyzm ;) Tym bardziej gratuluje :)

      Usuń
  2. Gratuluję :) Powodzenia na trasach biegowych :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety to nie była mgła tylko smog :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Graty,

    Pierwszy się zawsze bardzo miło wspomina. Czas zatem zrobić mocne postanowienie i pomyśleć o jakimś maratonie w przyszłym sezonie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mysle, mysle :) Zobaczymy tylko, czy to sie przelozy tez na odwazne decyzje o starcie ;)

      Usuń
  5. Gratuluję! Super czas! I ta radość na trasie - bezcenna :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje! :) Radosc na trasie przede wszystkim :) czas to rzecz wtorna. Choc oczywiscie milo, gdy jest dobry ;) Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Brawo brawo i masz rację Kraków dał radę

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję debiutu! :) wierz mi lub nie, ale rok temu w Bytomiu miałem identyczny co do sekundy czas w swoim debiucie :D i wspomnienia podobne z tamtego biegu :D jeśli to nie przypadek, to przepowiadam Ci start w maratonie za rok i złamanie 4 godzin :D pozdrawiam i powodzonka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieje, ze Twoja przepowiednia sie spelni, zwlaszcza, ze marzenia o maratonie juz powoli kielkuja mi w glowie ;) Trzymaj zatem kciuki :) Pozdr!

      Usuń
    2. Będę będę :) odkąd znalazłem Twojego bloga, jestem na bieżąco :) ja się zdecydowałem na maraton gdzieś na początku maja i się udało :) Potężną dawkę motywacji znajdziesz we wpisie u mnie na blogspocie - naprawdę warto pobiec maraton :) trzymam kciuki za kiełkujące marzenia! :)

      Usuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. zawsze mialas tak boską sylwetkę? ile razy w tyg biegasz/chodzisz na silownie?:)

    OdpowiedzUsuń